„Gdy byłem dzieckiem, babcia ciągała mnie po wszystkich kościołach Warszawy, a zwłaszcza do Reformatów na Senatorską. Przeszedłszy krużganki i kolumnady spędzaliśmy tam długie chwile pod figurą św. Antoniego, gdyż do niego babcia żywiła szczególne nabożeństwo. W pokoiku na Podwalu miała nawet własną figurę świętego, wyciosaną w drzewie i jaskrawo pomalowaną. Święty stał na stoliku w ciemnym kącie izdebki, wśród sztucznych róż odrobionych lepiej niż żywe, podświetlony od dołu czerwoną żarówką, lewą ręką przyciskając do piersi modlitewnik czy Biblię, a prawą wznosząc jak do pozdrowienia czy błogosławieństwa. Zabiegani rodzice pozostawiali mnie u babci jak w przechowalni i wieczorem często uczestniczyłem w długich modłach pod figurą. Babcia była nie lada dewotką; mimo choroby serca klękała po wiejsku, ciężko, na szeroko rozstawionych kolanach i modliła się z całej duszy za dzieci i wnuków, za żywych i umarłych, za zdrowie dla innych i za dobrą śmierć dla siebie, gotowa wziąć na zgarbione plecy grzechy bliskich i odkupić je, aby tylko umrzeć w pokoju, przyjąwszy sakramenty, otoczona potomstwem i lec w polskiej poświęcanej ziemi. Szykowała się do tej śmierci sumiennie i z powagą, bez strachu, jak kiedyś do ślubu czy porodu. Wiedziałem, że dziadek, mąż babci, nie wrócił z pierwszej wojny zagnany do jakiejś mitycznej Mandżurii. W tym czasie babcię kochałem znacznie mocniej niż rodziców, którzy zawsze się spieszyli; spełniłbym natychmiast wszystkie jej Ryczenia, gdyby to ode mnie zależało. Niestety, mimo gorliwych modłów drewniana figura świętego nic nie obiecywała; trwała nieruchoma i spłowiała w czerwonej poświacie. Zacząłem więc do świętego wnosić prośby, żeby wyszedł naprzeciw babcinym błaganiom i dał dowód skuteczności jej wiary. Wydawało mi się, pętakowi rozczytanemu w opisach cudów, że mrugnąć dla figury do drobiazg; posągi potrafiły przecież i krwawić, i płakać. Niestety, daremnie błagałem strumień babcinej pasji rozbijał się nadal o dębową martwotę świętego. Rozżalony, bardziej dbając o babcię niż o własne grzechy, postanowiłem działać. Od łobuzów z podwórka nabyłem za klisze drucik i gwoździe oraz pożyczyłem laubzegę. Pod nieobecność babci zabrałem się do roboty. Z braku technicznego przygotowania zadanie nie było łatwe i pracowałem przez kilka dobrych godzin. Ledwo sprzątnąłem wióry, weszła babcia, a za nią listonosz. List tak zmartwił babcię, że rozpłakała się nad kuchenką ukrywając łzy przede mną, po czym tracąc oddech zażyła swe krople na serce, a list natychmiast spaliła. Zauważyłem jednak, że był adresowany ręką mojej matki. Dopiero po latach, podsłuchując pod drzwiami, dowiedziałem się, że w Wilnie matka ledwo uszła z życiem z pewnej operacji, dzięki której pozostałem jedynakiem. Ojciec tłumaczył jej konieczność brakiem stałej pracy i niepewną sytuacją. Babcia urodziła pięcioro dzieci (troje umarło) i myśl o skrobance przejmowała ją przerażeniem; tym żarliwiej modliła się tego wieczoru za grzeszną córkę i zabite w jej łonie dziecko. Wtedy wiedziałem tylko, że jest zrozpaczona i na modłach szczególnie jej zależy. Usadowiłem się na podłodze, obok figury, niby to zatopiony w kontemplacji, ale napięty i uważny. Babcia modliła się długo pochyliwszy głowę i zacząłem już tracić cierpliwość, gdy nadeszła wielka chwila babcia uderzyła się kilkakrotnie w pierś i podniosła na figurę błagalne oczy, jak gdyby szukając znaku przebaczenia czy łaski. Wtedy pociągnąłem nieznacznie koniec drucika, który przez cały czas trzymałem w ręku. Mogłem być dumny z mego osiągnięcia wzniesiona do błogosławieństwa ręka świętego podniosła się aż do pozycji pionowej i powoli opadła. Babcia zamarła z podniesioną głową, oczy jej rozszerzyły się, twarz pojaśniała blaskiem, po czym wydała stłumiony okrzyk i runęła na twarz rozkrzyżowawszy ramiona. Na mój wrzask przewieziono ją do szpitala, ale nie odzyskała już przytomności i wkrótce umarła cicho, z twarzą pełną jasności. Półprzytomny z rozpaczy, zdemontowałem mój wynalazek i nikt się nigdy o tym nie dowiedział. Wiele razy później śniła mi się babcia i wiele razy gryzło mnie sumienie, ale tak naprawdę nie wiem, czy mimo woli nie sprawiłem jej śmierci piękniejszej, niż mogła sobie kiedykolwiek wymarzyć. Ale od tego czasu zmalał mój zapał do pięknych uczynków, a wiara zaczęła mnie stopniowo opuszczać; pozostała tylko skłonność do technicznego nowatorstwa.“(10)
materac kieszonkowy |skup złomu |masaż Rzeszów